Strona Główna > Moje eseje i nauki kapłańskie > RODZIMY SIĘ TYLKO RAZ: W CHWILI ŚMIERCI.
30.10.2010 Wacław Buryła

RODZIMY SIĘ TYLKO RAZ: W CHWILI ŚMIERCI.

przemijamy, przemijamy, przemijamy...

                        Niemal trzydzieści lat temu napisałem wiersz „*** (żyjemy żyjemy żyjemy)”, który umieściłem w tomiku „Ślady na piasku”, a który – tak myślę – nie tylko, że nie stracił nic ze swojej aktualności, wręcz przeciwnie: stał się jeszcze bardziej aktualny – ukazuje bowiem ważne, znaczące postawy ludzi, także ochrzczonych:



żyjemy
żyjemy
żyjemy

przemijamy
przemijamy
przemijamy

umieramy
umieramy
umieramy

uciekamy od tej myśli
uciekamy
uciekamy

                    Mnie nie dane było zapomnieć. Nie miałem możliwości, aby uciec od tej myśli, gdyż śmierć towarzyszyła mi od samego początku. Położna, która odbierała nasz poród (pochodzę z bliźniaków) stwierdziła, że z nas nic nie będzie i dlatego trzeba nas szybko pochrzcić. Zrobiono to w trybie natychmiastowym, na drugi dzień zostaliśmy włączeni do Kościoła. Okazało się jednak, że diagnoza położnej nie była prawdziwa (tak często bywa z medycyną), gdyż żyjemy już 56 lat. W międzyczasie sporo się wydarzyło: miałem kilka wypadków drogowych, w tym zderzenie czołowe z ciężarówką i zaśnięcie za kierownicą przy prędkości 160 km/godz. – poza tym przez całe życie mam kontakty ze służbą zdrowia, z czego najpoważniejsze były dwie operacje (przy pierwszej pękły wrzody na żołądku i straciłem niemal całą krew – otrzymałem wtedy w transfuzji ponad 7 litrów krwi, a przy drugiej usunięto mi 2/3 żołądka). Przy którejś z tych operacji zostałem zarażony wirusowym zapaleniem wątroby typu C, które zostało wykryte przypadkowo (o ile w Bożych planach istnieją przypadki). Wiadomo, że takie zarażenie oznacza „wyrok śmierci”. Człowiek ma wtedy świadomość, że jego życie naprawdę wisi na włosku (i to bardzo cienkim), że każda chwila może być ostatnia, co zmusza człowieka do mądrego, odpowiedzialnego patrzenia na ten uciekający czas.

                        Mimo, że „zaliczyłem” już  trzy kuracje na wirusowe zapalenie wątroby, ale nadal jestem w punkcie wyjścia: to znaczy, że nie udało się tego wirusa zlikwidować. Kiedy o tym zarażeniu dowiedziały się Siostry Kamedułki, z którymi przyjaźnię się od wielu lat,  wtedy Siostra Weronika (Matka Przełożona) zapytała w liście (nie miała odwagi postawić tego pytania wprost, bo dotykało ono sfery najbardziej osobistej), jak czuje się człowiek, który codziennie chodzi po linie i w każdej chwili może polecieć w przepaść?...I właśnie wtedy napisałem wiersz „Jeśli zawołasz”, który był jakby odpowiedzią na postawione pytanie:

jeśli zawołasz – pobiegnę
z radością na Tamten Brzeg
gdzie chwile są już wiecznością
a łzy zamieniają się w śmiech

i będę tańczył przed Tobą
sen który nie jest już snem
i będę miał ponad głową
muzykę niebieskich sfer”

   

                    Wielokrotnie „dotykałem” śmierci przebywając w szpitalach, kiedy zdarzało się, że umierał człowiek leżący na tej samej sali (niekiedy wręcz na moich oczach), a jeszcze bardziej dotknąłem jej, kiedy umierał nasz Tato, który przez 12 lat był pozbawiony nóg. To trudne doświadczenie mocno uświadomiło nam, jak kruche i niepewne jest nasze życie i że jest właściwie drogą przez mękę. Nawet wtedy, gdy jest ono wypełnione miłością, osobami, które są dla nas ważne i pracą, która daje sporo satysfakcji, nawet wtedy człowiek ma świadomość, że nie chciałby „puszczać kotwicy” na Ziemi, że nie chciałby być tutaj na zawsze. Życie chrześcijanina jest podróżą. Mieliśmy tego świadomość, dlatego na grobie Taty umieściliśmy słowa jednego z moich wierszy:

„szczęśliwy, bo po długim biegu

otworzył drzwi swojego domu”.

                        Wychodzimy z Domu Ojca w chwili narodzin, a w chwili śmierci do Niego wracamy. Całe nasze życie jest wędrowaniem. Całe nasze życie jest umieraniem. Bo tak naprawdę rodzimy się tylko raz: w chwili śmierci. Wtedy rodzimy się do  Życia, które ma swój początek, ale nie ma końca.

                        Cieszę się życiem. Kocham to życie, jakie otrzymałem od Boga. Jestem człowiekiem spełnionym i szczęśliwym. Tym bardziej, że nadal mogę cieszyć się Mamą, która ciągle karmi nas swoją miłością i nadal mogę cieszyć się dwoma braćmi, z którymi razem posługuję w kapłaństwie. Ale coraz częściej przyłapuję się na tym, że tęsknię. Coraz bardziej tęsknię za Miłością, której okruchy (tylko) zbieram na Ziemi. Pełnię tej Miłości odnajdę dopiero Tam. Mam nadzieję, że nie pomylę dróg. I że kiedyś będę mógł także otworzyć drzwi swojego domu, czyli drzwi Domu Ojca. A „reszta” będzie już tylko „tańcem”.

Milicz. 20.VIII.2010.